Krótkie historie

Opowieści o Polsce w skondensowanej formie. Najczęściej inspirowane podróżami bieżącymi, bliższymi i dalszymi.

    • DREZYNY W BIESZCZADACH • Po torach wśród gór.


    Przemieszczamy się do malowniczej miejscowości Uherce Mineralne, jakieś 20 minut autem od Ustrzyk Dolnych. Znajduje się tu nie lada atrakcja dla fanów...no właśnie – pociągów? rowerów? A może jednego i drugiego:-) Drezyny rowerowe! Ruszyliśmy z dworca w Uhercach (oczywiście w godzinach, gdy nie kursuje tutaj żaden skład), skąd wypożyczyliśmy ten jakże interesujący pojazd.


    Bieszczadzka linia kolejowa nr 108 powstała w 1872 roku i właśnie na niej można przejechać się drezyną. Trasa wije się pośród przepięknych górskich krajobrazów i łąk, w których słychać trzmiele. Jest cudnie! Po około 30 minutach dotarliśmy do stacji w pobliskiej Olszanicy. Chwila przerwy, bo trzeba przecież obrócić pojazdy w przeciwnym kierunku (chłopaki z obsługi są silni) i ruszamy z powrotem. Podczas przejażdżki czasami trzęsie, momentami coś zaskrzypi lub zgrzytnie. To nie pendolino - i cały w tym urok!


    Trasa Uherce Mineralne-Olszanica jest jednym z kilku wariantów. Można wybrać się na dłuższą wycieczkę, do Stefkowej, której dodatkową atrakcją jest przejazd tunelem i po moście.


    * Więcej informacji na stronie www.drezynyrowerowe.pl


    ** Drugie zdjęcie pochodzi ze slow przewodnika „Bieszczady” autorstwa Petera Zraleka.

      • MUZEUM PRZYRODNICZE BPN W USTRZYKACH DOLNYCH • Dzikość natury, zapomniany bojkowski świat i niebo pełne gwiazd.


      Czy w Bieszczadach są ciekawe muzea? Niejedno! Poprzednim razem odwiedziliśmy Muzeum Kultury Bojków w Myczkowie, tym razem – Muzeum Przyrodnicze BPN w Ustrzykach Dolnych. Jego sale przeszły niedawno gruntowną modernizację, stając się nowoczesne i interaktywne.


      Do Ustrzyk Dolnych trafiliśmy w jeden z najgorętszych dni naszego pobytu w Bieszczadach. Najpierw rozejrzeliśmy się po rynku w celu odnalezienia skrzynki na listy – w końcu pozdrowienia z wakacji to rzecz obowiązkowa! Następnie udaliśmy się w kierunku ulicy Bełskiej, gdzie znajduje się muzeum. Kupiliśmy bilety i już po chwili dotykaliśmy włochatej głowy plejstoceńskiego nosorożca:-).


      Na parterze organizowane są wystawy czasowe – my trafiliśmy na fotografie bieszczadzkiej przyrody, obejrzeliśmy także krótki film. Z kolei interaktywne sale na pierwszym piętrze umożliwiły nam między innymi przyjrzenie się skałom i minerałom występującym w Bieszczadach oraz zapoznanie się z historią tutejszych roślin zapisaną w torfie. Z tablic dowiedzieliśmy się wielu ciekawostek o Łuku Karpackim i występujących tu na przestrzeni tysięcy lat formach życia.


      Następnie ekran mgłowy przeniósł nas do świata bieszczadzkich wsi wysiedlonych po 1945 roku. Zajrzeliśmy do bojkowskiej chaty i dworu w Siankach, obejrzeliśmy miniaturę w cerkwi w Lutowiskach, przeczytaliśmy wspomnienia ludzi zamieszkujących niegdyś Bieszczady. Zapoznaliśmy się także z przepisami na naturalne lekarstwa „z bieszczadzkiej apteki”, zaglądając do drewnianych skrzyneczek.


      Drugie piętro prezentuje bieszczadzką florę i faunę – ekspozycja nawiązuje do wędrówki szlakiem BPN „od krainy dolin po szczyty połonin”. Na dioramach leśnych ukazane jest życie dzikich mieszkańców karpackiej puszczy, można także ukryć się w czatowni lub podpatrzeć żeremia bobrowe. Wycieczka kończy się „na szczycie Tarnicy”, skąd doskonale widać bieszczadzkie konstelacje gwiazd.


      Na koniec zrobiliśmy sobie test wiedzy o Bieszczadach, również dostępny w muzeum. Nie wyszedł źle.

        • TAJEMNICE JEZIORA SOLIŃSKIEGO • Rejs Doliną Sanu.


        Jezioro Solińskie znają wszyscy miłośnicy Bieszczadów – plaże w Solinie i Polańczyku przyciągają tłumy, a dodatkową atrakcją w ostatnich latach stała się kolej gondolowa. Tym razem postanowiliśmy wyruszyć w mniej znane rejony jeziora, w stronę nieistniejącej wsi Rajskie. Półwysep Brosa, Zatoka Suchego Drzewa czy Horodek z dawną posiadłością „Króla Świata Włóczęgów” to miejsca pamiętające czasy, gdy Bieszczady były krainą wolności i pionierskich przygód.


        Wyruszyliśmy z Soliny małym statkiem i już po chwili znaleźliśmy się na szerokich wodach jeziora. Pogoda była cudowna, wiał lekki wiatr. Po krótkim czasie minęliśmy Półwysep Jawor – gęsto zalesiony cypel, na którym stoi ośrodek wypoczynkowy. W latach 70. przyjeżdżali tu żołnierze, mieli do dyspozycji aż 600 miejsc noclegowych. Obecnie wynająć pokój może tam każdy, obiekt występował także kilka razy w serialu „Wataha”.


        Minęliśmy następnie Zatokę Teleśnicką, będącą popularnym wędkarskim zakątkiem, a także Wyspę Skalistą i Półwysep Brosa. Z tym ostatnim wiąże się postać Krzysztofa Brossa, który przyjechał w Bieszczady w latach 80., chcąc całkowicie zmienić swoje życie. Osiedlił się tu, można rzec, nielegalnie. Władze uznały go za powracającego po wysiedleniach Ukraińca, tym bardziej, że przed wojną na półwyspie istniała wieś (Teleśnica Sanna), a matka Krzysztofa pochodziła ze Lwowa. Brossowi udało się jednak zbudować dom i zacząć nowe, pełne wolności życie. Mieszka tam do tej pory.


        Następnie minęliśmy Półwysep Horodek, na którym również znajduje się tylko jedno gospodarstwo. Mieszkał tu Juliusz Wasik, „Król Świata Włóczęgów”. Pierwszy raz trafił do Horodka w 1975 roku i zachwycił się bieszczadzkim krajobrazem. W latach 90. zaczął budować dom „z tego, co woda przyniosła”, a potem wiódł tu szczęśliwe, choć pustelnicze życie. Zmarł w 2022 roku.


        Ostatnim punktem naszego rejsu była Zatoka Suchego Drzewa, stanowiąca południowy kraniec Półwyspu Horodek. Jej nazwa pochodzi od sterczącego z wody uschniętego dębu, rosnącego niegdyś w Dolinie Sanu. Jego ogołocone z liści gałęzie są cichym świadkiem burzliwej historii tych ziem. I nie dającym o niej zapomnieć.

          • WOŁOSATE • Cmentarz i cerkwisko. Ocalałe ślady Bojkowszczyzny.


          „(...)Władek, kiedy tylko siedział w Wołosatem, chodził na cmentarz prawie codziennie. A to świeczkę zapalił, a to trawę podkosił albo kamień skądś przytargał i na mogile, której już prawie nie widać, położył, żeby ludzie grobu nie deptali(…). Doszliśmy do cmentarza. Władek zapalił lampkę i popatrzył na mnie krytycznym wzrokiem, kiedy przestąpiłem podmurówkę. - A do domu też przez ścianę wchodzisz? – zapytał. – Tędy do cerkwi się idzie. – Wskazał kamienny próg. – Przez drzwi, po bożemu”*.


          Niebieski szlak, przy którym w gąszczu starodrzewu ukryty jest bojkowski cmentarz, prowadzi na Tarnicę i jest jednym z najpopularniejszych w Bieszczadach. Mało kto zbacza z drogi, by postać w zadumie nad pochylonymi ze starości krzyżami i resztkami kamiennych mogił. Cmentarz znajduje się na ścieżce przyrodniczo-historycznej „Wołosate-Tarnica”, której pierwszym punktem jest odnowiona w 2025 roku studnia bojkowska z cembrowiną i żurawiem.


          Wołosate, znane dziś głównie jako baza wypadowa na szlaki, było przed wojną dużą wsią, liczącą ponad 1000 mieszkańców. Stała tu cerkiew – zbudowana w 1837 roku, typowo bojkowska, z łamanym dachem (podobna do tej w Smolniku, wpisanej na listę UNESCO). Świątynia została spalona po wysiedleniach do USRR, zachowała się jedynie jej podmurówka. Przez kolejne dekady cmentarz i cerkwisko dziczały, dopiero w 1991 roku udało się dokonać remontu, który ocalił to miejsce przed kompletnym zapomnieniem. Może tam zajrzysz, bieszczadzki turysto?


          PS. Ciekawostka – Wołosate, wioska „na końcu świata” jest najbardziej wysuniętą na południe miejscowością Polski.

            • TARNICA • Najwyższa w polskich Bieszczadach!


            Jako pierwszy cel obraliśmy Tarnicę – najwyższy szczyt po polskiej stronie Bieszczad, liczący 1346 m n.p.m. Mieliśmy nadzieję, że pogoda dopisze, ponieważ ostatnim razem (aż 10 lat wcześniej) zdobyliśmy Tarnicę całą we mgle, smaganą jesiennymi wiatrami. Tym razem mieliśmy więcej szczęścia.


            Wyruszyliśmy z Wołosatego, obierając niebieski szlak. To najkrótsza droga na Tarnicę, oferująca przepiękne widoki wokół. Idąc otwartą przestrzenią, minęliśmy stary cmentarz bojkowski z cerkwiskiem, po czym weszliśmy w gęsty las. Tu zaczęło się bardziej strome podejście, które pozwala poczuć, że wchodzimy na najwyższą górę w polskich Bieszczadach.


            Na Przełęczy Krygowskiego (tak zwane Siodło pod Tarnicą) zbiegają się szlaki z pozostałych kierunków i dalej idziemy już żółtym – pozostało nam 15 minut do celu. Na szczycie stoi 8,5-metrowy krzyż, symbol Tarnicy. Wcześniej na jego miejscu były dwa inne, pierwszy został postawiony w 1979 roku. Inicjatorem przedsięwzięcia był ks. Franciszek Rząsa, wikariusz z Polańczyka. Ubolewał on, że po akcji „Wisła” Bieszczady zostały pozbawione wielu kapliczek i innych symboli wiary chrześcijańskiej. Pierwszy krzyż (stojący obecnie na Haliczu), miał około 1,5 metra i został wniesiony przez uczestników obozu wędrownego.


            Z Tarnicy rozciągają się przepiękne widoki na okoliczne góry. W bliskiej odległości dostrzeżemy Połoniny Caryńską i Wetlińską oraz Rawki, w dalszej – ukraińskie Gorgany. Co ciekawe, przy perfekcyjnej przejrzystości powietrza z Tarnicy widać nawet rumuńskie Góry Rodniańskie i węgierski Tokaj!

              • GÓR MI MAŁO I TRZEBA MI WIĘCEJ... • Wracamy w Bieszczady!


              Wspomnienia z zeszłego lata, pachnącego bieszczadzkim błotem i trawami połonin.


              PS. Na zdjęciu urocze okno chaty w sanockim skansenie.

                • KADZIDŁO • Zagroda Kurpiowska. Zapomniany etno-świat.


                Był upalny, letni dzień. Sosny intensywnie pachniały, piach był nagrzany i pełen szyszek. Weszliśmy do małego domku po bilety i już po chwili znaleźliśmy się w miejscu, w którym cofnęliśmy się w czasie o dobrych 100 lat:-)


                Zagroda Kurpiowska w Kadzidle to niewielki skansen, będący oddziałem Muzeum Kultury Kurpiowskiej z pobliskiej Ostrołęki. Tu, pośród malowniczego leśnego krajobrazu, znajdują się stare kurpiowskie domy i zabudowania gospodarcze. Koło chat stoją kolorowe ule, w spichlerzu pachnie zbożem. Te sensoryczne wrażenia uruchomiły we mnie wspomnienia z dzieciństwa – w latach 90. polska wieś, choć już zmodernizowana, miała w sobie ten ulotny pierwiastek sielskości. Zagroda została udostępniona zwiedzającym w 1991 roku z inicjatywy Państwa Konopków.


                Centralnym budynkiem mini-skanenu jest chata przeniesiona z pobliskiej wsi Golanka. By znaleźć się w jej wnętrzu, trzeba pokonać wysoki próg. W głównej izbie znajduje się kamienny piec do wypieku chleba, malowana skrzynia (na posag!) i sprzęty użytku domowego. Nie mogło zabraknąć także świętego kąta, obowiązkowego elementu wyposażenia kurpiowskich (i nie tylko) domostw. Składa się on ze stołu pokrytego haftowanym obrusem, krzyża zwanego pasyją, wiszącego nad stołem świętego obrazu oraz bukietów z bibuły. Kolorowe ozdoby i wycinanki były bardzo ważnym elementem dekoracyjnym chat – tradycja wycinankarska Puszczy Zielonej została niedawno wpisana na Krajową Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego. Wielkanoc była okresem szczególnie intensywnego przystrajania domów – gospodynie prześcigały się w coraz to piękniejszych wzorach.


                W zagrodzie możemy zobaczyć jeszcze dwie inne kurpiowskie chaty, zaadaptowane obecnie na sklepik i salę warsztatową. Na terenie skansenu jest także spichlerz, studnia z żurawiem, stara kuźnia z wsi Brzozowa, drwalnia oraz scena, na której odbywają się cykliczne imprezy folklorystyczne „Wesele Kurpiowskie” czy „Niedziela Kadzidlańska”.

                  • KURPIE ZIELONE • A tam w boru, ćëmnëm boru...


                  Z Mazurami sąsiadują Kurpie Zielone, malowniczy region pełen tradycji i folkloru. Niegdyś zamieszkiwała go ludność zwana puszczakami - gęste lasy stanowiły główne źródło jej utrzymania. Najbardziej znanymi miejscowościami Kurpi Zielonych są Myszyniec, Kadzidło, Jednorożec czy Leman.


                  W dawnych wiekach Kurpie (nazwa ta funkcjonuje zarówno dla określenia regionu jak i jego mieszkańców) trafiali do Puszczy Zielonej ze wschodniego Mazowsza - szukali schronienia przed napadami, zbiegali także przed pańszczyzną (cóż – kochali wolność). Byli doskonałymi strzelcami, bartnikami i rybakami, a dzikość i szorstkość ich charakteru pozwalała świetnie radzić sobie w surowym puszczańskim klimacie. Czym jeszcze zajmowali się Kurpie? Tkactwem, smolarstwem, a także...obróbką bursztynu. Niegdyś w dorzeczu Narwi znajdowały się spore złoża tej drogocennej żywicy, a biżuteria z bursztynu była obowiązkowym elementem posagu kurpiowskich panien.


                  Kurpie Zielone charakteryzują się bogatym folklorem, którego głównymi ośrodkami są Kadzidło i Myszyniec. W Kadzidle znajduje się Zagroda Kurpiowska, o której więcej napiszę w kolejnym wpisie. Z kolei w Myszyńcu cyklicznie odbywa się „Miodobranie Kurpiowskie” – duża impreza folklorystyczna nawiązująca do bartniczych tradycji regionu.


                  Nazwa Kurpie pochodzi od wyrabianych z lipowego łyka butów – kurpsi. Z kolei określenie „zielone” nawiązuje do Puszczy Zielonej i pozwala rozróżnić Kurpie Zielone od Białych, znajdujących się w okolicach Wyszkowa i Ostrowi Mazowieckiej.


                  Wycinanka na podstawie grafiki Katarzyny Ostrowskiej dostępnej na stronie Wikipedii. Drugi slajd – Wikipedia.

                    • KOŚCIÓŁ W WEJSUNACH • Ewangelicy na Mazurach.


                    Nad zabudową Wejsun góruje ceglana wieża neogotyckiego kościoła ewangelickiego. Świątynia powstała w latach 1908-1910 z inicjatywy miejscowego pastora, Heinricha Kulla. Do dziś pozostaje protestancka, jako jedyna w powiecie piskim. Nad wejściem zachował się oryginalny napis „Ein feste Burg ist unser Gott” – to pierwsze słowa hymnu luteran.


                    Po wnętrzu oprowadza przewodnik, oprócz nas jest jeszcze jedna rodzina z Niemiec. Kto wie, może ich przodkowie pochodzą z Wejsun? Rozglądamy się. Prezbiterium kościoła umieszczone jest nietypowo w wieży kościelnej, nad ołtarzem mieni się zabytkowy witraż, z kolei na ścianie bocznej wisi tablica upamiętniająca parafian poległych w wojnach światowych.


                    Na piętrze świątyni znajduje się Muzeum Miniatur i Tradycji Ewangelickiej. Ekspozycja przedstawia starodruki, śpiewniki, wyposażenie kościelne, a także drewniane miniatury dawnych mazurskich świątyń ewangelickich.


                    Na koniec wchodzimy na wieżę kościoła - rozpościerają się z niej sielskie widoki na zabudowę wsi i pobliskie jezioro Warnołty. Z dołu dobiegają do nas dźwięki ewangelickich pieśni wygrywanych na organach. Pani przewodnik okazała się mieć nie tylko obszerną wiedzę historyczną, lecz także umiejętności muzyczne:-)


                    Do zobaczenia, Mazury.

                      • WEJSUNY • Izba Regionalna. Materialne ślady dawnych Mazur.


                      Śniardwy, w swojej południowo-zachodniej części, łączą się z jeziorem Warnołty. Nieopodal tego malowniczego akwenu znajdują się Wejsuny – wieś z mazurską duszą. Wzdłuż głównej ulicy stoją stare poniemieckie domy, a jednym z ciekawszych miejsc jest utworzona w latach 70. Izba Regionalna.


                      Izbę założył Eugeniusz Bielawski, miejscowy nauczyciel i działacz społeczny, wcześniej żołnierz AK. Zgromadził w niej eksponaty związane z życiem codziennym dawnych mieszkańców Mazur, a także wartościowe przedmioty rękodzielnicze. Zobaczymy tu między innymi ludowe krosna, kolorowe makatki, drewniany sprzęt do połowu ryb, a także wyposażenie szkolne. W miejscowej szkole nauczano w języku polskim do 1878 roku.


                      Mini-muzeum mieści się w drewnianej chacie z XIX wieku, zbudowanej przez rzemieślników z sąsiednich Kurpi. Organizowane są w niej przeróżne wydarzenia kulturalne oraz wystawy czasowe.

                        • SZLAKIEM WIELKICH JEZIOR MAZURSKICH • Rejs z Mikołajek do Rucianego-Nidy.


                        Kraina Wielkich Jezior jest dla wielu kwintesencją Mazur. Wiatr w żaglach, poczucie wolności, cudne krajobrazy – to przyciąga. Jedną z najbardziej popularnych miejscowości w rejonie Wielkich Jezior są Mikołajki (z niem. Nikolaiken), z których wyruszyliśmy w dwugodzinny rejs do Rucianego-Nidy.


                        Wycieczkę rozpoczęliśmy na Jeziorze Mikołajskim, z którego roztacza się malownicza panorama na miejski port i otaczające go budynki. Widać stąd między innymi wieżę kościoła ewangelicko-augsburskiego i podświetlaną kładkę łączącą oba brzegi. Po niedługim czasie dotarliśmy do miejsca, gdzie Jezioro Mikołajskie łączy się ze Śniardwami i rynnowym Jeziorem Bełdany. Na wodach było tłoczno – mijały nas dziesiątki jachtów, motorówek i łodzi wiosłowych. Niektóre cumowały w cichych zatoczkach zachęcających do orzeźwiających kąpieli. Na Bełdanach, przy miejscowości Wierzba, mijał nas prom samochodowy – lokalna ciekawostka. Chwilę później, w gęstych zaroślach otaczających lewy brzeg dostrzegliśmy biegające na wolności koniki polskie, gatunek wywodzący się od dzikich tarpanów. Piękny obrazek.


                        Pod koniec rejsu czekała nas przeprawa Śluzą Guzianka, znajdującą się pomiędzy Bełdanami i Jeziorem Guzianka Mała. Śluza działa od 1900 roku, przepuściła przez swoje wrota niezliczoną ilość łodzi. Różnica poziomu wody między jeziorami wynosi tu około dwa metry, a proces śluzowania trwa kilkanaście minut i jest chętnie obserwowany przez okolicznych spacerowiczów:-)


                        Dotarliśmy do Rucianego-Nidy, miasta położonego nad dwoma jeziorami - Nidzkim i Guzianką Wielką. Powstało ono z połączenia dwóch osad, Rucianego i Nidy, których mieszkańcy trudnili się rybołówstwem i drobnym wytwórstwem. W okolicy działały także smolarnie, dziegciarnie i wypalarnie węgla drzewnego. Turystyczny rozwój miasta zapoczątkowała budowa śluzy, z kolei urbanizację przyspieszyła budowa zakładu płyt pilśniowych. Dziś Ruciane-Nida jest popularną miejscowością wypoczynkową i dobrą bazą wypadową na Szlak Wielkich Jezior.

                          • OKARTOWO • Błękitne ornamenty i koń Jakub.


                          Przemieszczamy się na drugi kraniuszek Śniardw, do miejsca, gdzie łączy się z jeziorem Tyrkło. Tu, w małej wiosce Okartowo, stoi zabytkowy kościół. Jego bryła nie przykuwa być może większej uwagi, jednak wewnątrz kryją się wspaniałości.


                          Ściany oraz strop pokryte są malowidłami wykonanymi ręką lokalnego artysty - utrzymana w kolorze niebieskim ornamentyka jest dosłownie wszędzie. Warto przyjrzeć się także organom i ogromnym drewnianym żyrandolom z początku XX wieku.


                          W wyniku I wojny światowej kościół uległ sporym zniszczeniom. Gdy tylko w świecie uspokoiło się (fakt, że na krótko) mieszkańcy wsi ruszyli do odbudowy swojej parafii. Miejscowy kowal użyczył do odbudowy swojego konia, Jakuba – zwierzę woziło kamienie i drewno. Wreszcie nadszedł upragniony koniec prac i odbyło się pierwsze nabożeństwo. Mieli w nim wziąć udział wszyscy, którzy brali udział w remoncie świątyni. Nie mogło zabraknąć więc konia Jakuba – stał spokojnie w kruchcie.


                          Na pamiątkę tych wydarzeń na deskach stropu można znaleźć namalowany wizerunek konia i napis w języku niemieckim: „Ja, koń Jakub, większą część kamieni na budowę tego kościoła przybliżyłem”.

                            • FOLWARK ŁUKNAJNO • Ptasie królestwo i dwa jeziora.


                            Jesteśmy w Mazurskim Parku Krajobrazowym, na wąskim pasie lądu między Śniardwami i jeziorem Łuknajno. Tu, w gąszczu zieloności, ukryte są ponadstuletnie budynki – murowane, z czerwoną dachówką. Poniemieckie. To fragment dawnego majątku rodziny Lingnau – do dziś zachował się dwór oraz zabudowania gospodarcze. Przez dziesięciolecia pełnił funkcję PGR-u, obecnie znajduje się tu regionalna restauracja i pensjonat z polem kempingowym.


                            Rozglądam się po okolicy. Zauważam kierunkowskaz prowadzący na ścieżkę przyrodniczą „Okolice Łuknajna”. Jest gęsto zalesiona, pełna odgłosów natury. Właśnie tu znajduje się największe ptasie królestwo na Mazurach, znane wielu ornitologom i miłośnikom przyrody. Jezioro Łuknajno, do którego prowadzi szlak, jest największą ostoją łabędzia niemego w Europie. Jego brzegi są trudno dostępne, pełne bagien i trzcinowisk – i to właśnie się łabędziom podoba. My z kolei możemy podziwiać ten urokliwy krajobraz z drewnianej wieży widokowej, zlokalizowanej na końcu ścieżki. Zaopatrzeni w lornetkę, dostrzeżemy nie tylko łabędzie, ale także kormorany, rybołowy, perkozy… oczywiście przy odrobinie szczęścia i oceanie cierpliwości:-).


                            Łuknajno jest połączone ze Śniardwami 500-metrowym kanałem. Ja udałam się pieszo na kolejną ścieżkę przyrodniczą, tym razem prowadzącą nad brzeg „mazurskiego morza”. Ustawione są wzdłuż niej drewniane tabliczki z najważniejszymi informacjami o Śniardwach, jest też mazurska gra terenowa (co to są dzyndzałki?). Po kilku minutach docieram do kolejnej wieży widokowej, połączonej z pomostem. Śniardwy są tu dzikie i czyste - tuż pod taflą przepływają ławice okoni i sandaczy. Jest pięknie.


                            Pod koniec warto zajrzeć do znajdującej się w folwarku Gospody Pod Łabędziem, która należy do sieci Dziedzictwa Kulinarnego Warmii i Mazur.

                              • ŚNIARDWY • Największe na Mazurach!


                              Hop nad jezioro Śniardwy:-). To największy naturalny zbiornik wodny w Polsce, nazywany mazurskim morzem. I faktycznie, przy silnym wietrze robią się na nim ogromne fale, nawet na półtora metra wysokości. Moc żywiołu!


                              Śniardwy znajdują się w południowej części Krainy Wielkich Jezior Mazurskich. Latem mieni się od żagli, jego taflę rozpraszają też rozpędzone motorówki. To majestatyczne jezioro powstało poprzez zalanie olbrzymiej doliny wydrążonej przez lodowiec – było to jakieś 10 tysięcy lat temu.


                              Otoczenie jeziora to obszary niezwykle cenne przyrodniczo. Niektóre zatoczki są tak dzikie, czyste i pełne wodnych stworzeń, że aż trudno uwierzyć, że to ten sam akwen, po którym pływa tyle statków. W utworzonych wokółrezerwatach znajdują się wieże widokowe, z których można podziwiać Śniardwy i jeziora z nimi połączone. Tak samo zresztą jak z wysokich brzegów Szerokiego Ostrowa, dawnej wyspy. Okolice Śniardw to także bogate ślady kultury materialnej, o czym będę pisała w kolejnych postach.


                              Wycinanka własna.

                                • LEŚNICZÓWKA PRANIE • Idylliczne miejsce wielkiego poety.


                                (…) o, leśniczówko Pranie:
                                lamp lśnienie, migotanie
                                księżyc na każdej ścianie,
                                nocne muzykowanie. (...)


                                Zapraszam na małą wędrówkę do świata literatury. Oto znaleźliśmy się nad jeziorem Nidzkim, na południowym krańcu Szlaku Wielkich Jezior Mazurskich. Nidzkie jest cudownie czyste – objęte strefą ciszy, niewiele zmienione przez człowieka. Nad jednym z jego brzegów stoi stara leśniczówka z czerwonej cegły, w której rodziła się swego czasu poezja.


                                Konstanty Ildefons Gałczyński, poeta znany szczególnie z Teatrzyku Zielona Gęś, odkrył Pranie na początku lat 50. Gospodarzem domu nad jeziorem był w tamtym czasie leśniczy Stanisław Popowski. Poeta i jego żona Natalia zachwycili się tym miejscem – czuli, że jest doskonałe nie tylko do tworzenia, ale do życia w ogóle. Łącznie spędzili tu 13 miesięcy, a przy biurku leśniczego powstały znane utwory poety, takie jak „Księżyc”, „Spotkanie z Matką” czy „Chryzostoma Bulwiecia podróż do Ciemnogrodu”. Gałczyński marzył na stałe zamieszkać na Mazurach – niestety, jego śmierć pokrzyżowała te plany.


                                Izba Pamięci poety powstała w Praniu już w 1965 roku. Obecna multimedialna wystawa ma niecałe 3 lata i zdecydowanie warto ją zobaczyć. Ekspozycja umożliwia posłuchanie głosu Gałczyńskiego, jego poezji, a także muzyki, która go inspirowała. Zobaczymy tu także sporo rękopisów poety i chronologię najważniejszych wydarzeń z życia. W Praniu organizowane są cyklicznie „Zabawy z Zieloną Gęsią” dla dzieci i inne wydarzenia kulturalne.


                                Z leśniczówki wychodzą schody prowadzące nad brzeg jeziora – możemy stąd pokontemplować piękno mazurskiej przyrody. Wokół Prania biegnie także przyrodnicza ścieżka edukacyjna „Śladami Gałczyńskiego”, a w odległości około 1,5 km od domu ustawiony został kamień upamiętniający ulubioną sosnę poety, nazywaną przez niego George Bernard Show.


                                Na koniec kilka słów o nazwie tego miejsca. Nie pochodzi bynajmniej od prania odzieży! Nad łąkami i bagnami Puszczy Piskiej lubią unosić się mgły – zwłaszcza o świcie. Ich dymienie Mazurzy określali „praniem”. Łąki prały. I stąd właśnie nazwa leśniczówki:-).

                                  • PARK DZIKICH ZWIERZĄT W KADZIDŁOWIE • Jeszcze jedno safari na Mazurach.


                                  Kadzidłowo to kolejna mazurska wioska założona przez staroobrzędowców. Nie ma tu jednak, jak w Wojnowie, cerkwi czy molenny - jedyną pamiątką, jaka pozostała po filiponach, jest cmentarz. Współczesne Kadzidłowo znane jest natomiast amatorom dzikiej fauny oraz rodzinom z dziećmi – znajduje się tu jeden z większych „wildlife parków” w Polsce.


                                  Mówiąc o mazurskim safari, pierwsze na myśl przychodzi mi to pod Gołdapią, które rok temu przemierzałam pickupem. Wiatr we włosach, zwierzęta wygrzewające się w słońcu, pofalowany krajobraz Mazur Garbatych – bajka. Park w Kadzidłowie zwiedza się pieszo, ale i to ma swój urok. Można podejść bliżej, zatrzymać się na dłużej.


                                  Park powstał w 1992 roku z inicjatywy dr Krzywińskiego, pracownika naukowego PAN. Położony jest na terenie Mazurskiego Parku Krajobrazowego, w Puszczy Piskiej. Już prawie na samym początku spotykamy...wilki. To chyba pierwszy raz, kiedy widzę na żywo te niesamowite zwierzęta. Wilki mają tu dla siebie sporo przestrzeni, żywione są naturalnie – padliną. Następnie mijamy jelenie, sarny, bawoły, przeróżne ptaki (w tym sowy i cietrzewie), a także zwierzęta Dalekiego Wschodu, takie jak koń Przewalskiego czy mundżak chiński. Z kolei kozy, przyzwyczajone do turystów, chodzą za nimi krok w krok. Zapewne z powodu marchewek…:-)


                                  Cała wycieczka trwa około 1,5 h – towarzyszy nam przewodnik. Łączna powierzchnia parku to około 100 hektarów. Jego patronem jest prof. Benedykt Dybowski, przyrodnik.

                                    • WOJNOWSKI FESTIWAL FOTOGRAFII • Kolorowe płoty.


                                    Od 2017 roku w Wojnowie odbywa się cykliczny festiwal fotografii. Wiejskie płoty i ogrodzenia ozdabiają wielkoformatowe zdjęcia, czyniąc z wioski prawdziwy plener artystyczny.


                                    Wojnowski festiwal nawiązuje swym stylem do francuskiego Festival Photo La Gacilly. Tematyka zdjęć jest różnorodna – to między innymi reportaże podróżnicze, fotografie sportowe czy portrety. Swoje prace wystawiał tu nawet Chris Niedenthal, znany z kultowego zdjęcia „Czas Apokalipsy”.


                                    WFF stanowi kontynuację wystaw fotografii, które odbywały się w warszawskim Domu Dziennikarza przy ulicy Foksal. Dzięki tej inicjatywie Wojnowo jest jeszcze bardziej warte odwiedzenia, choć już samo jego położenie i historia – na kajakowym szlaku rzeki Krutyni, z klasztorem starowierów – czyni je miejscem wyjątkowym.

                                      • STAROOBRZĘDOWCY W WOJNOWIE (2) • Klasztor nad jeziorem Duś.


                                      Jest rok 1836, w Wojnowie mieszka już prawie trzystu starowierów. Do wioski przybywa ze wschodu pewien pobożny człowiek – Ławrientij Rastropin. Dziki krajobraz jeziora Duś tak go zauroczył, że postanawia założyć u jego brzegów pustelnię. Prowadzi tam surowe życie, żywiąc się jedynie rybami i drobnymi darami od mieszkańców Wojnowa. 10 lat później na miejscu pustelni powstaje męski klasztor – Monaster Zbawiciela i Trójcy Świętej.


                                      W latach 50. XIX wieku przeorem klasztoru zostaje Piotr Ledniew, zwany Pawłem Pruskim. Jego energia oddziałuje na całe Wojnowo - wioska rozkwita. Mnich zakłada również drukarnię w Piszu, gdzie wydawane są księgi liturgiczne. Paweł jest wierny religii staroobrzędowców do 1867 roku. Wtedy nagle zmienia poglądy – trudno mu dochować dawnych tradycji w zmieniającym się świecie. Przechodzi na jedinowierstwo, przekonując do tego niewielką część mieszkańców Wojnowa. Większość wyraziła zdecydowany sprzeciw, co zmusiło przeora do opuszczenia wsi.


                                      Klasztor zaczął podupadać. Po pewnym czasie wykupiła go Jewpraksija, mniszka z Rosji – odtąd wojnowski klasztor stał się żeński, zamieszkały w nim mniszki ze Spychowa. Zakonnice starały się przywrócić mu dawną świetność – w pocie czoła uprawiały ziemię, uczyły dzieci, opiekowały się ubogimi. W latach 70. XX wieku mateczka Antonina Kondratiewna, ostatnia przeorysza klasztoru, zapisała majątek Leonowi Ludwikowskiemu, przybyszowi z Wilna. Obecnie pieczę nad nim sprawuje jego wnuk, Tomasz.


                                      Na teren klasztoru wchodzę przez ceglaną bramę, oprócz nas są tylko turyści z Niemiec. Wokół rosną zdziczałe czereśnie, powietrze pachnie pobliskim jeziorem. Przyklasztorna molenna pełni obecnie funkcję „Muzeum Ikon i Kultury Staroobrzędowców” – we wnętrzach zobaczymy fotografie starego Wojnowa, celę Pawła Pruskiego, a także wyposażenie dawnej świątyni. Zwiedzaniu towarzyszą cerkiewne śpiewy – jest bardzo klimatycznie. Zaglądam również do małej kawiarenki, gdzie pan Tomasz serwuje lokalnie wypalaną kawę i ciasta. Na ścianach wiszą ikony, w rogu stoi pianino. Piękny obrazek.



                                      1 2 3 4 5 6 7