• WEJSUNY • Izba Regionalna. Materialne ślady dawnych Mazur.
Śniardwy, w swojej południowo-zachodniej części, łączą się z jeziorem Warnołty. Nieopodal tego malowniczego akwenu znajdują się Wejsuny – wieś z mazurską duszą. Wzdłuż głównej ulicy stoją stare poniemieckie domy, a jednym z ciekawszych miejsc jest utworzona w latach 70. Izba Regionalna.
Izbę założył Eugeniusz Bielawski, miejscowy nauczyciel i działacz społeczny, wcześniej żołnierz AK. Zgromadził w niej eksponaty związane z życiem codziennym dawnych mieszkańców Mazur, a także wartościowe przedmioty rękodzielnicze. Zobaczymy tu między innymi ludowe krosna, kolorowe makatki, drewniany sprzęt do połowu ryb, a także wyposażenie szkolne. W miejscowej szkole nauczano w języku polskim do 1878 roku.
Mini-muzeum mieści się w drewnianej chacie z XIX wieku, zbudowanej przez rzemieślników z sąsiednich Kurpi. Organizowane są w niej przeróżne wydarzenia kulturalne oraz wystawy czasowe.
• SZLAKIEM WIELKICH JEZIOR MAZURSKICH • Rejs z Mikołajek do Rucianego-Nidy.
Kraina Wielkich Jezior jest dla wielu kwintesencją Mazur. Wiatr w żaglach, poczucie wolności, cudne krajobrazy – to przyciąga. Jedną z najbardziej popularnych miejscowości w rejonie Wielkich Jezior są Mikołajki (z niem. Nikolaiken), z których wyruszyliśmy w dwugodzinny rejs do Rucianego-Nidy.
Wycieczkę rozpoczęliśmy na Jeziorze Mikołajskim, z którego roztacza się malownicza panorama na miejski port i otaczające go budynki. Widać stąd między innymi wieżę kościoła ewangelicko-augsburskiego i podświetlaną kładkę łączącą oba brzegi. Po niedługim czasie dotarliśmy do miejsca, gdzie Jezioro Mikołajskie łączy się ze Śniardwami i rynnowym Jeziorem Bełdany. Na wodach było tłoczno – mijały nas dziesiątki jachtów, motorówek i łodzi wiosłowych. Niektóre cumowały w cichych zatoczkach zachęcających do orzeźwiających kąpieli. Na Bełdanach, przy miejscowości Wierzba, mijał nas prom samochodowy – lokalna ciekawostka. Chwilę później, w gęstych zaroślach otaczających lewy brzeg dostrzegliśmy biegające na wolności koniki polskie, gatunek wywodzący się od dzikich tarpanów. Piękny obrazek.
Pod koniec rejsu czekała nas przeprawa Śluzą Guzianka, znajdującą się pomiędzy Bełdanami i Jeziorem Guzianka Mała. Śluza działa od 1900 roku, przepuściła przez swoje wrota niezliczoną ilość łodzi. Różnica poziomu wody między jeziorami wynosi tu około dwa metry, a proces śluzowania trwa kilkanaście minut i jest chętnie obserwowany przez okolicznych spacerowiczów:-)
Dotarliśmy do Rucianego-Nidy, miasta położonego nad dwoma jeziorami - Nidzkim i Guzianką Wielką. Powstało ono z połączenia dwóch osad, Rucianego i Nidy, których mieszkańcy trudnili się rybołówstwem i drobnym wytwórstwem. W okolicy działały także smolarnie, dziegciarnie i wypalarnie węgla drzewnego. Turystyczny rozwój miasta zapoczątkowała budowa śluzy, z kolei urbanizację przyspieszyła budowa zakładu płyt pilśniowych. Dziś Ruciane-Nida jest popularną miejscowością wypoczynkową i dobrą bazą wypadową na Szlak Wielkich Jezior.
• OKARTOWO • Błękitne ornamenty i koń Jakub.
Przemieszczamy się na drugi kraniuszek Śniardw, do miejsca, gdzie łączy się z jeziorem Tyrkło. Tu, w małej wiosce Okartowo, stoi zabytkowy kościół. Jego bryła nie przykuwa być może większej uwagi, jednak wewnątrz kryją się wspaniałości.
Ściany oraz strop pokryte są malowidłami wykonanymi ręką lokalnego artysty - utrzymana w kolorze niebieskim ornamentyka jest dosłownie wszędzie. Warto przyjrzeć się także organom i ogromnym drewnianym żyrandolom z początku XX wieku.
W wyniku I wojny światowej kościół uległ sporym zniszczeniom. Gdy tylko w świecie uspokoiło się (fakt, że na krótko) mieszkańcy wsi ruszyli do odbudowy swojej parafii. Miejscowy kowal użyczył do odbudowy swojego konia, Jakuba – zwierzę woziło kamienie i drewno. Wreszcie nadszedł upragniony koniec prac i odbyło się pierwsze nabożeństwo. Mieli w nim wziąć udział wszyscy, którzy brali udział w remoncie świątyni. Nie mogło zabraknąć więc konia Jakuba – stał spokojnie w kruchcie.
Na pamiątkę tych wydarzeń na deskach stropu można znaleźć namalowany wizerunek konia i napis w języku niemieckim: „Ja, koń Jakub, większą część kamieni na budowę tego kościoła przybliżyłem”.
• FOLWARK ŁUKNAJNO • Ptasie królestwo i dwa jeziora.
Jesteśmy w Mazurskim Parku Krajobrazowym, na wąskim pasie lądu między Śniardwami i jeziorem Łuknajno. Tu, w gąszczu zieloności, ukryte są ponadstuletnie budynki – murowane, z czerwoną dachówką. Poniemieckie. To fragment dawnego majątku rodziny Lingnau – do dziś zachował się dwór oraz zabudowania gospodarcze. Przez dziesięciolecia pełnił funkcję PGR-u, obecnie znajduje się tu regionalna restauracja i pensjonat z polem kempingowym.
Rozglądam się po okolicy. Zauważam kierunkowskaz prowadzący na ścieżkę przyrodniczą „Okolice Łuknajna”. Jest gęsto zalesiona, pełna odgłosów natury. Właśnie tu znajduje się największe ptasie królestwo na Mazurach, znane wielu ornitologom i miłośnikom przyrody. Jezioro Łuknajno, do którego prowadzi szlak, jest największą ostoją łabędzia niemego w Europie. Jego brzegi są trudno dostępne, pełne bagien i trzcinowisk – i to właśnie się łabędziom podoba. My z kolei możemy podziwiać ten urokliwy krajobraz z drewnianej wieży widokowej, zlokalizowanej na końcu ścieżki. Zaopatrzeni w lornetkę, dostrzeżemy nie tylko łabędzie, ale także kormorany, rybołowy, perkozy… oczywiście przy odrobinie szczęścia i oceanie cierpliwości:-).
Łuknajno jest połączone ze Śniardwami 500-metrowym kanałem. Ja udałam się pieszo na kolejną ścieżkę przyrodniczą, tym razem prowadzącą nad brzeg „mazurskiego morza”. Ustawione są wzdłuż niej drewniane tabliczki z najważniejszymi informacjami o Śniardwach, jest też mazurska gra terenowa (co to są dzyndzałki?). Po kilku minutach docieram do kolejnej wieży widokowej, połączonej z pomostem. Śniardwy są tu dzikie i czyste - tuż pod taflą przepływają ławice okoni i sandaczy. Jest pięknie.
Pod koniec warto zajrzeć do znajdującej się w folwarku Gospody Pod Łabędziem, która należy do sieci Dziedzictwa Kulinarnego Warmii i Mazur.
• ŚNIARDWY • Największe na Mazurach!
Hop nad jezioro Śniardwy:-). To największy naturalny zbiornik wodny w Polsce, nazywany mazurskim morzem. I faktycznie, przy silnym wietrze robią się na nim ogromne fale, nawet na półtora metra wysokości. Moc żywiołu!
Śniardwy znajdują się w południowej części Krainy Wielkich Jezior Mazurskich. Latem mieni się od żagli, jego taflę rozpraszają też rozpędzone motorówki. To majestatyczne jezioro powstało poprzez zalanie olbrzymiej doliny wydrążonej przez lodowiec – było to jakieś 10 tysięcy lat temu.
Otoczenie jeziora to obszary niezwykle cenne przyrodniczo. Niektóre zatoczki są tak dzikie, czyste i pełne wodnych stworzeń, że aż trudno uwierzyć, że to ten sam akwen, po którym pływa tyle statków. W utworzonych wokółrezerwatach znajdują się wieże widokowe, z których można podziwiać Śniardwy i jeziora z nimi połączone. Tak samo zresztą jak z wysokich brzegów Szerokiego Ostrowa, dawnej wyspy. Okolice Śniardw to także bogate ślady kultury materialnej, o czym będę pisała w kolejnych postach.
Wycinanka własna.
• LEŚNICZÓWKA PRANIE • Idylliczne miejsce wielkiego poety.
(…) o, leśniczówko Pranie:
lamp lśnienie, migotanie
księżyc na każdej ścianie,
nocne muzykowanie. (...)
Zapraszam na małą wędrówkę do świata literatury. Oto znaleźliśmy się nad jeziorem Nidzkim, na południowym krańcu Szlaku Wielkich Jezior Mazurskich. Nidzkie jest cudownie czyste – objęte strefą ciszy, niewiele zmienione przez człowieka. Nad jednym z jego brzegów stoi stara leśniczówka z czerwonej cegły, w której rodziła się swego czasu poezja.
Konstanty Ildefons Gałczyński, poeta znany szczególnie z Teatrzyku Zielona Gęś, odkrył Pranie na początku lat 50. Gospodarzem domu nad jeziorem był w tamtym czasie leśniczy Stanisław Popowski. Poeta i jego żona Natalia zachwycili się tym miejscem – czuli, że jest doskonałe nie tylko do tworzenia, ale do życia w ogóle. Łącznie spędzili tu 13 miesięcy, a przy biurku leśniczego powstały znane utwory poety, takie jak „Księżyc”, „Spotkanie z Matką” czy „Chryzostoma Bulwiecia podróż do Ciemnogrodu”. Gałczyński marzył na stałe zamieszkać na Mazurach – niestety, jego śmierć pokrzyżowała te plany.
Izba Pamięci poety powstała w Praniu już w 1965 roku. Obecna multimedialna wystawa ma niecałe 3 lata i zdecydowanie warto ją zobaczyć. Ekspozycja umożliwia posłuchanie głosu Gałczyńskiego, jego poezji, a także muzyki, która go inspirowała. Zobaczymy tu także sporo rękopisów poety i chronologię najważniejszych wydarzeń z życia. W Praniu organizowane są cyklicznie „Zabawy z Zieloną Gęsią” dla dzieci i inne wydarzenia kulturalne.
Z leśniczówki wychodzą schody prowadzące nad brzeg jeziora – możemy stąd pokontemplować piękno mazurskiej przyrody. Wokół Prania biegnie także przyrodnicza ścieżka edukacyjna „Śladami Gałczyńskiego”, a w odległości około 1,5 km od domu ustawiony został kamień upamiętniający ulubioną sosnę poety, nazywaną przez niego George Bernard Show.
Na koniec kilka słów o nazwie tego miejsca. Nie pochodzi bynajmniej od prania odzieży! Nad łąkami i bagnami Puszczy Piskiej lubią unosić się mgły – zwłaszcza o świcie. Ich dymienie Mazurzy określali „praniem”. Łąki prały. I stąd właśnie nazwa leśniczówki:-).
• PARK DZIKICH ZWIERZĄT W KADZIDŁOWIE • Jeszcze jedno safari na Mazurach.
Kadzidłowo to kolejna mazurska wioska założona przez staroobrzędowców. Nie ma tu jednak, jak w Wojnowie, cerkwi czy molenny - jedyną pamiątką, jaka pozostała po filiponach, jest cmentarz. Współczesne Kadzidłowo znane jest natomiast amatorom dzikiej fauny oraz rodzinom z dziećmi – znajduje się tu jeden z większych „wildlife parków” w Polsce.
Mówiąc o mazurskim safari, pierwsze na myśl przychodzi mi to pod Gołdapią, które rok temu przemierzałam pickupem. Wiatr we włosach, zwierzęta wygrzewające się w słońcu, pofalowany krajobraz Mazur Garbatych – bajka. Park w Kadzidłowie zwiedza się pieszo, ale i to ma swój urok. Można podejść bliżej, zatrzymać się na dłużej.
Park powstał w 1992 roku z inicjatywy dr Krzywińskiego, pracownika naukowego PAN. Położony jest na terenie Mazurskiego Parku Krajobrazowego, w Puszczy Piskiej. Już prawie na samym początku spotykamy...wilki. To chyba pierwszy raz, kiedy widzę na żywo te niesamowite zwierzęta. Wilki mają tu dla siebie sporo przestrzeni, żywione są naturalnie – padliną. Następnie mijamy jelenie, sarny, bawoły, przeróżne ptaki (w tym sowy i cietrzewie), a także zwierzęta Dalekiego Wschodu, takie jak koń Przewalskiego czy mundżak chiński. Z kolei kozy, przyzwyczajone do turystów, chodzą za nimi krok w krok. Zapewne z powodu marchewek…:-)
Cała wycieczka trwa około 1,5 h – towarzyszy nam przewodnik. Łączna powierzchnia parku to około 100 hektarów. Jego patronem jest prof. Benedykt Dybowski, przyrodnik.
• WOJNOWSKI FESTIWAL FOTOGRAFII • Kolorowe płoty.
Od 2017 roku w Wojnowie odbywa się cykliczny festiwal fotografii. Wiejskie płoty i ogrodzenia ozdabiają wielkoformatowe zdjęcia, czyniąc z wioski prawdziwy plener artystyczny.
Wojnowski festiwal nawiązuje swym stylem do francuskiego Festival Photo La Gacilly. Tematyka zdjęć jest różnorodna – to między innymi reportaże podróżnicze, fotografie sportowe czy portrety. Swoje prace wystawiał tu nawet Chris Niedenthal, znany z kultowego zdjęcia „Czas Apokalipsy”.
WFF stanowi kontynuację wystaw fotografii, które odbywały się w warszawskim Domu Dziennikarza przy ulicy Foksal. Dzięki tej inicjatywie Wojnowo jest jeszcze bardziej warte odwiedzenia, choć już samo jego położenie i historia – na kajakowym szlaku rzeki Krutyni, z klasztorem starowierów – czyni je miejscem wyjątkowym.
• STAROOBRZĘDOWCY W WOJNOWIE (2) • Klasztor nad jeziorem Duś.
Jest rok 1836, w Wojnowie mieszka już prawie trzystu starowierów. Do wioski przybywa ze wschodu pewien pobożny człowiek – Ławrientij Rastropin. Dziki krajobraz jeziora Duś tak go zauroczył, że postanawia założyć u jego brzegów pustelnię. Prowadzi tam surowe życie, żywiąc się jedynie rybami i drobnymi darami od mieszkańców Wojnowa. 10 lat później na miejscu pustelni powstaje męski klasztor – Monaster Zbawiciela i Trójcy Świętej.
W latach 50. XIX wieku przeorem klasztoru zostaje Piotr Ledniew, zwany Pawłem Pruskim. Jego energia oddziałuje na całe Wojnowo - wioska rozkwita. Mnich zakłada również drukarnię w Piszu, gdzie wydawane są księgi liturgiczne. Paweł jest wierny religii staroobrzędowców do 1867 roku. Wtedy nagle zmienia poglądy – trudno mu dochować dawnych tradycji w zmieniającym się świecie. Przechodzi na jedinowierstwo, przekonując do tego niewielką część mieszkańców Wojnowa. Większość wyraziła zdecydowany sprzeciw, co zmusiło przeora do opuszczenia wsi.
Klasztor zaczął podupadać. Po pewnym czasie wykupiła go Jewpraksija, mniszka z Rosji – odtąd wojnowski klasztor stał się żeński, zamieszkały w nim mniszki ze Spychowa. Zakonnice starały się przywrócić mu dawną świetność – w pocie czoła uprawiały ziemię, uczyły dzieci, opiekowały się ubogimi. W latach 70. XX wieku mateczka Antonina Kondratiewna, ostatnia przeorysza klasztoru, zapisała majątek Leonowi Ludwikowskiemu, przybyszowi z Wilna. Obecnie pieczę nad nim sprawuje jego wnuk, Tomasz.
Na teren klasztoru wchodzę przez ceglaną bramę, oprócz nas są tylko turyści z Niemiec. Wokół rosną zdziczałe czereśnie, powietrze pachnie pobliskim jeziorem. Przyklasztorna molenna pełni obecnie funkcję „Muzeum Ikon i Kultury Staroobrzędowców” – we wnętrzach zobaczymy fotografie starego Wojnowa, celę Pawła Pruskiego, a także wyposażenie dawnej świątyni. Zwiedzaniu towarzyszą cerkiewne śpiewy – jest bardzo klimatycznie. Zaglądam również do małej kawiarenki, gdzie pan Tomasz serwuje lokalnie wypalaną kawę i ciasta. Na ścianach wiszą ikony, w rogu stoi pianino. Piękny obrazek.
• STAROOBRZĘDOWCY W WOJNOWIE (1) • Z Rosji na Mazury. Egzotyczni przybysze.
„Wchodząc do mieszkania, zostawiają na progu pantofle; w izbie drepcą w samych pończochach, aby nie zabrudzić idealnie białej podłogi. Jest to ogólnofilipoński zwyczaj. W izbie Dembowskiego, podobnie jak u innych było mnóstwo obrazów, przed którymi trzy razy dziennie jeszcze się modlono i składano pokłony”*.
Filiponi, zwani inaczej staroobrzędowcami, przybyli na Mazury w pierwszej połowie XIX wieku. Byli to rosyjscy wyznawcy prawosławia, którzy nie uznali reform patriarchy Nikona z 1667 roku. Nie przyjmowali do wiadomości, by ich ręcznie przepisywane księgi modlitewne miały zostać zniszczone, a rytuały zakazane. Ruszyli więc na zachód - w poszukiwaniu miejsc, gdzie będą mogli bez przeszkód wyznawać swoją wiarę.
Ich domy były zbudowane z bali, miały małe okienka i niskie drzwi. Na podwórkach stały banie, w których filiponi kąpali się przed każdym niedzielnym nabożeństwem. Mężczyźni nie strzygli bród, ubierali się w tradycyjne koszule z zapięciem z boku (nie używali guzików, ponieważ kojarzyły im się z oczami diabła). Religia zakazywała im także picia kawy i herbaty oraz palenia tytoniu. Modlili się w molennach – skromnie wyposażonych świątyniach, z ikonami stojącymi na półkach.
Zlokalizowana w centrum Wojnowa ceglana molenna powstała w latach 20. ubiegłego wieku na miejscu wcześniejszych. Budulcem była cegła, na wzór kościołów ewangelickich Prus Wschodnich. Dziś nabożeństwa odbywają się tu rzadko, ponieważ starowierów w Wojnowie już prawie nie ma. Większość wyemigrowała do Niemiec, ale lubią odwiedzać rodzinne strony, ziemie przodków.
*Wspomnienia Emilii Sukertowej-Biedrawiny, która w 1951 roku odwiedziła dom Maksima Dembowskiego, staroobrzędowca mieszkającego w Wojnowie.
**Na 3. zdjęciu fragment obrazu „Czarny Sobór” Siergieja Miłoradowicza
• WOJNOWO • Biel i błękit. Cerkiew Zaśnięcia Matki Bożej.
Wojnowo to niezwykła wieś położona nad rzeką Krutynią. Można by rzec – egzotyczna. Za pierwszym razem zobaczyliśmy ją z perspektywy kajaka, niczym Wańkowicz z Tirliporkiem prawie 100 lat temu :-). Następnego dnia wybraliśmy się tam samochodem. Jechaliśmy wąską drogą, było parno i mgliście. Już z oddali zobaczyliśmy biało-niebieską cerkiew, samotnie stojącą w polach. Samochód zostawiliśmy na poboczu i udaliśmy się w kierunku furtki.
Drzwi były otwarte. Z wnętrza dobiegały liturgiczne śpiewy, w powietrzu unosił się zapach kadzidła – właśnie trwało nabożeństwo. Cerkiew pod wezwaniem Zaśnięcia Matki Bożej powstała w latach 20. ubiegłego wieku, a jej architektura nawiązuje do rosyjskich cerkwi z okolic Tweru. Inicjatorem budowy był Aleksandr Awajew, pochodzący właśnie stamtąd. Był w Wojnowie wieloletnim proboszczem.
Po świątyni oprowadza nas jedna z mniszek. „Największe święto obchodzimy 28 sierpnia – mówi – ale ważny jest również dla nas dzień świętego Ambrożego z Optiny, mamy jego kaplicę. Wtedy przyjeżdżają tu pielgrzymi, bo prawosławnych w Wojnowie już prawie nie ma”. Rozglądamy się po wnętrzu. Wyposażenie cerkwi jest skromne, ale piękne. Równie urokliwie jest na zewnątrz – mniszki dbają o ogród, prowadzą też niedużą pasiekę.
Historia wojnowskiej cerkwi ma wielowątkową perspektywę. Bo skąd właściwie prawosławni wzięli się na Mazurach, w dzikiej Puszczy Piskiej? O tym w kolejnym wpisie.
Ps. Wnętrza cerkwi nie można fotografować, dlatego załączam widokówkę zakupioną u Sióstr.
• REZERWAT ZAKRĘT • Jeziorka w środku lasu, „Zakochana Para” i dąb, który dawał miód:-)
Na skraju wsi Krutyni, gdzie Puszcza Piska bierze we władanie niemal całą przestrzeń, znajduje się urokliwy rezerwat przyrody – Zakręt. Ruszyliśmy za żółtymi znakami prosto w las, spotykając co jakiś czas konie z pobliskiego Gałkowa.
Po kilkunastu minutach spaceru doszliśmy do miejsca, gdzie zaczyna się rezerwat i ścieżka dydaktyczna. Trzeba odbić w lewo, by po chwili zanurzyć się w dzikiej przyrodzie pełnej jagód, leszczyny, owadożernych rosiczek i miękkiego mchu. Leśny szuter ustępuje gdzieniegdzie kładkom i pomostom – jesteśmy na terenie bagiennym.
Na liczącej około 3 km ścieżce dydaktycznej umieszczone są tablice z informacjami o lokalnej florze i faunie. W pobliżu wyjścia z rezerwatu znajduje się drzewo, na które na pewno warto zwrócić uwagę – to dąb bartny. Jego historia sięga czasów, gdy Mazury były miejscem silnego rozwoju bartnictwa. Początkowo miód podbierano dzikim pszczołom, które zamieszkiwały naturalne dziuple. Z czasem zaczęto wyrabiać sztuczne dziuple, tak zwane barcie, i wieszano je na drzewach. A ten dąb jest jednym z nich.
W pobliżu znajduje się jeszcze jeden pomnik przyrody, chyba najsłynniejszy w całym Mazurskim Parku Krajobrazowym – to „Zakochana Para”. Tworzy ją Pan Dąb i Pani Sosna, których gałęzie splatają się w uścisku. W rzeczywistości drzewa wyginają się w stronę, gdzie dociera więcej światła słonecznego, ale...pierwsza wersja jest bardziej romantyczna:-).
Opuszczając rezerwat i idąc jeszcze kawałek głównym szlakiem, dojdziemy do Jeziora Mokrego (czy to nie pleonazm?), będącego częścią szlaku kajakowego na Krutyni. Tutaj króluje dzika przyroda – w szuwarach chowają się nurogęsi, a pod pomostem przepływają ławice małych okoni. Piękne miejsce na odpoczynek.
• SPŁYW KRUTYNIĄ • Śladami Wańkowicza. Odcinek Krutyń-Ukta.
„Krutynia to rzeka legenda, królowa mazurskich rzek. Podobno kto nie płynął Krutynią, ten nie wie co to Mazury” - czytam w slow przewodniku Magdaleny Malinowskiej „Warmia i Mazury”. Postanowiliśmy sprawdzić na własnej skórze uroki Krutyni, tym bardziej, że niejeden przed nami tędy płynął i zachwycał się pięknem otaczającego go krajobrazu. Bogata relacja z wyprawy zachowała się w książce „Na tropach Smętka” Melchiora Wańkowicza. Pisarz przepłynął wraz z córką Martą odcinek ze Spychowa do Jeziora Nidzkiego, a było to w latach 30. ubiegłego wieku.
Popłynęliśmy w jedną z lipcowych niedziel. Mieliśmy do wyboru weekendowy tłok na rzece albo...rzęsisty deszcz prognozowany na resztę naszego pobytu. Wybraliśmy to pierwsze - i dobrze, bo zapowiedzi pogodowe sprawdziły się:-). Ruszyliśmy z przystani w Krutyni. Początkowo otaczał nas gęsty las Puszczy Piskiej. Co jakiś czas musieliśmy przeprawić się przez przeszkodę w postaci zwalonych gałęzi lub...innych kajaków. Po około kilometrze dotarliśmy do Zielonego Lasku, gdzie znajduje się XIX-wieczny młyn wodny wzniesiony z cegły i muru pruskiego. Jego szachulcowe ściany od razu przywołują na myśl czasy. Obecnie budynek pełni funkcję elektrowni wodnej, a nas czekała jedyna na trasie przenoska.
Na kolejnych kilometrach las się przerzedził, aż w końcu wypłynęliśmy na otwarty teren, pełen szuwarów i podmokłych łąk. Nie tylko drzew, ale i ludzi zrobiło się jakoś mniej - sporo zatrzymało się na przystani Rosocha. Słońce świeciło, rzeka lśniła krystalicznym blaskiem - było cudnie. Pod wodą wypatrywaliśmy czerwonego krasnorostu hildenbrandia rzeczna, który świadczy o czystości Krutyni. Towarzyszyły nam łabędzie i...krowy, które przyszły z pastwiska ochłodzić się w wodzie. Niepowtarzalny klimat. Minęliśmy malowniczą wieś Wojnowo, a po około 40 minutach znaleźliśmy się u celu, w Ukcie. Aż żal było wysiadać!
Długość naszej trasy to 13 km, a jej przepłynięcie zajęło nam około 3 godziny. W Ukcie można zjeść obiad w jednej z restauracji i, jeśli mamy chęć, ruszyć dalej – do Nowego Mostu.
• MAZURSKI PARK KRAJOBRAZOWY • W królestwie jezior, lasów i rzek.
Mazurski Park Krajobrazowy jest największym i najstarszym z parków na Warmii i Mazurach. Jego symbolem jest bocian – nie dziwota, spotkaliśmy tam wieele osobników tego uroczego ptasiego gatunku. Kolejne „naj”? Jezioro – w granicach MPK znajdują się Śniardwy, największy naturalny zbiornik wodny w Polsce, zlokalizowany na Szlaku Wielkich Jezior Mazurskich. Ogromną wartością parku jest także kajakowy szlak na Krutyni i liczne pomniki przyrody. Nie sposób pominąć również śladów bogatej kultury materialnej, związanej z wielowątkową historią regionu.
Mazurski Park Krajobrazowy leży w południowo-wschodniej części województwa. Przed wieloma tysiącami lat przechodził tędy lądolód, który pozostawił po sobie wiele jezior - a było ich jeszcze więcej. Charakterystycznym elementem mazurskiej przyrody są także głazy narzutowe, przeniesione wraz z lodowcem ze Skandynawii. No i lasy, ogrom zieloności! Wielka Puszcza Piska zachęca do spacerów, utworzono w niej liczne rezerwaty i ścieżki przyrodnicze. W leśnych ostępach żyją wilki, rysie, lisy... z kolei na niebie lub w szuwarach nad wodami można dostrzec bociany, rybołowy, nurogęsi. Jest dziko, jest pięknie.
Od XIV wieku niedostępne mazurskie tereny zaczęli zasiedlać przybysze z Mazowsza (to od nich podobno wzięła się nazwa regionu: Maz-ury). Początkowo byli to bartnicy, którzy zakładali osady w głębi puszczy. Z czasem karczowali lasy, tworząc coraz większe i dobrze zorganizowane wsie. Osadnictwo rozwijało się, a wraz z powstaniem Prus Wschodnich region został zasiedlony przez ludność pochodzenia niemieckiego. W dzikiej Puszczy Piskiej lokowali się również tzw. staroobrzędowcy z Rosji, ale to temat na osobną historię.
By jeszcze lepiej poznać przyrodę i dziedzictwo kulturowe MPK, warto zajrzeć do jego siedziby we wsi Krutyń, przy której działa Ośrodek Edukacji Przyrodniczo-Kulturowej, a w nim – Izba Przyrodnicza, „Galeria nad Mukrem” czy Izba Pamięci Karola Małłka, działacza i folklorysty mazurskiego.
A ja zapraszam do śledzenia kolejnych wpisów, gdzie, krok po kroku, odkryjemy cudowności Mazurskiego Parku Krajobrazowego. W drogę!
• KRUTYŃ • Wakacje w Puszczy Piskiej.
Wracamy na Mazury! Tego lata (2025 r.) odwiedziliśmy południowe rubieże tej przepięknej krainy – Puszczę Piską. Zatrzymaliśmy się w osadzie Krutyń, w Siedlisku Szuwary. Dzień zaczynaliśmy od pysznego śniadania przygotowywanego przez Gospodynię, a potem ruszaliśmy – nad rzeki, jeziora, na leśne szlaki i do miejsc historii. Zdecydowanie poczuliśmy klimat Południowych Mazur.
Krutyń – skąd ta nazwa? Rzecz jasna od przepływającej przez wieś rzeki Krutyni, królowej mazurskich szlaków kajakarskich. Osada powstała na początku XVI wieku przy stanicy myśliwskiej mistrza krzyżackiego Fryderyka. W międzywojniu powstało tutaj wiele ośrodków wypoczynkowych, a brzegi wody zapełniły się łodziami i pomostami. W 1934 roku do Krutyni zawitał Melchior Wańkowicz, który wraz z córką Martą przemierzał Prusy Wschodnie, szukając tropów Smętka.
Obecnie w Krutyni znajduje się siedziba Mazurskiego Parku Krajobrazowego, funkcjonuje tu także Ośrodek Okresowej Rehabilitacji Bocianów. I można spotkać konie na betonie - w pobliskim Gałkowie działa stadnina organizująca obozy jeździeckie.
• DO WODOSPADU SIKLAWICA • Krótki wypad w Tatry Zachodnie.
Patrząc przez okno pokoju na poddaszu w Jagodowej Polanie, widzieliśmy całą panoramę Tatr – dostojnych, majestatycznych, wciąż jeszcze ośnieżonych. Gdy szczyty nikły w wieczornej mgle, zapalały się światełka podhalańskich miasteczek i wsi. Z naszego gorczańskiego wzgórza widoki były niemal jak z samolotu!
Bliskość Tatr kusiła nieprzerwanie, aż w końcu ulegliśmy – wyskoczyliśmy na kilka godzin do Zakopanego i ruszyliśmy Doliną Strążyską. To malowniczo położona dolina w Tatrach Zachodnich, a jej nazwa pochodzi od słowa „strąga”, które w gwarze góralskiej oznacza zagrodę do dojenia owiec. Szliśmy czerwonym szlakiem, leśną ścieżką prowadzącą wzdłuż Strążyskiego Potoku. Rwący nurt przejrzystej rzeki zachęcał do zanurzenia rąk – jakie było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że woda jest lodowata! Cóż, koniec kwietnia w Tatrach to jeszcze nie całkiem wiosna:-)
Po około 40 minutach doszliśmy do Polany Strążyskiej – pięknie położonego miejsca z widokiem na północną ścianę Giewontu. Dużo tu ławek, jest też góralska chatka z herbatką i drożdżówkami. Polana Strążyska to również węzeł kilku szlaków turystycznych – żółtym dojdziemy tu do Wodospadu Siklawica, czarnym na Sarnią Skałę, czerwonym na Giewont.
Jako że w Tatry wpadliśmy tylko na kilka godzin, obraliśmy szlak żółty, prowadzący do wodospadu - to tylko 15 minut dodatkowego podejścia. Szliśmy kamienistą ścieżką z przerzuconymi gdzieniegdzie mostkami (potok wciąż nam towarzyszył), aż naszym oczom ukazała się kaskada. Wodospad Siklawica, o łącznej wysokości 24 metrów, opada z dwóch praktycznie pionowo nachylonych ścian. Robi wrażenie. Jego nazwa pochodzi od najsłynniejszego wodospadu w całych Tatrach – Siklawy – znajdującego się w Dolinie Pięciu Stawów. Niełatwo jest się do niego zbliżyć, bo coraz więcej w Tatrach amatorów wieeeloujęciowcyh smartfonowych sesji zdjęciowych:-)...
Wróciliśmy tą samą trasą, pobierając sobie na pożegnanie trochę tatrzańskiej wody ze zdroju pitnego. Do zobaczenia, góry!
• SROMOWCE NIŻNE • Kościółek świętej Katarzyny.
Sromowce Niżne to urokliwa pienińska miejscowość położona na trasie spływu Przełomem Dunajca. Tym razem podjechaliśmy tam samochodem, żeby przejść się po kładce łączącej Polskę i Słowację oraz zobaczyć drewnianą perełkę architektoniczną – kościół świętej Katarzyny.
I dzisiaj będzie właśnie o kościółku. Jest bardzo wiekowy, powstał najprawdopodobniej w 1513 roku. Jednonawowy, z dachem krytym gontem, oszalowany deskami – na tle górskiego pejzażu, z wyróżniającym się w nim szczytem Trzech Koron, wygląda pięknie. We wnętrzu umieszczony był gotycki tryptyk i zabytkowa chrzcielnica, które zostały przeniesione do nowego kościoła parafialnego.
Od końca lat 80. kościółek nie sprawuje funkcji sakralnych, a od 2010 roku mieści się w nim galeria sztuki ze zbiorami rzemiosła ludowego.
• SKANSEN OSADA CZORSZTYN • Echa pienińskiej przeszłości.
Opuszczamy Gorce i wpadamy na chwilę w Pieniny, są naprawdę blisko! Rok temu spędziliśmy tam kilka dobrych dni – spłynęliśmy Przełomem Dunajca, weszliśmy na Sokolicę ze słynną reliktową sosną, przewędrowaliśmy rezerwat Biała Woda, a także zwiedziliśmy zamki w Niedzicy i Czorsztynie. W tym roku odwiedziliśmy Pieniny tylko na moment, ale, jak zawsze, było warto.
Jezioro Czorsztyńskie, malowniczo położone pomiędzy Pieninami i Gorcami, to sztuczny zbiornik, którego budowę rozpoczęto w 1971 roku. Wcześniej płynęła tamtędy rzeka, wzdłuż której ulokowały się osady Stary Czorsztyn i Stare Maniowy. Budowa zapory na Dunajcu zamknęła historię tych wsi – ludzie przenieśli się między innymi do Czorsztyna i na Nadzamcze, a część domów rozebrano i przeniesiono w inne miejsca.
Na północnym brzegu jeziora, w Kluszkowcach, powstała tak zwana Osada Czorsztyn*. Przycupnęły tam przedwojenne wille – w jednej z nich, stojącej pierwotnie w centrum zalanego Czorsztyna, mieściła się restauracja Pieniny. To najstarszy przeniesiony budynek, zbudowany w 1847 roku w stylu zakopiańskim. Spacerując po Osadzie, możemy zobaczyć również dawne pensjonaty oraz proste wiejskie chałupy i kamienne piwniczki ze spichlerzami. Wszystko to tworzy swoisty skansen, składający się łącznie z ponad 30 obiektów. Chodząc po nim w otoczeniu błogiego górskiego krajobrazu, można poczuć klimat dawnych Pienin.
Odnieśliśmy jednak wrażenie, że domy są pozostawione same sobie, bez odpowiedniej ochrony przed niszczeniem. Nie wiadomo czy nie popadną niebawem w zupełną ruinę… Szkoda, bo i tak mało już zostało z dawnego świata.
*Osada Czorsztyn zlokalizowana jest w miejscowości Kluszkowce, na Półwyspie Stychlyn, tuż przy popularnej trasie rowerowej wokół Jeziora Czorsztyńskiego.