Na Szlaku Orlich Gniazd
Średniowieczne grody i skały Jury

Kategorie:  śląskie   archiwum  

Strugi deszczu nieprzerwanie zalewają samochodowe szyby, sprawiając, że mijane przeze mnie obiekty tracą swój kontur. A przecież miało być jak w bajce! Błękitne niebo, pierzaste chmury, a pod nimi fantazyjne zamki ze strzelistymi wieżami. Niestety, po potężnych grodach wyrosłych ze skał Jury Krakowsko-Częstochowskiej w sporej części pozostały tylko ruiny. Na szczęście zaczyna się to zmieniać. Fundatorzy sukcesywnie odbudowują gotyckie perełki, a ich historia ożywa na nowo.

Z mlecznej mgły wyłaniają się niczym miraż surowe ruiny, otoczone skałami. Miejscami nie sposób rozróżnić, co zostało wykonane ręką człowieka, a co jest dziełem natury. Twierdza, usytuowana na wzgórzu, sprawia wrażenie srogiej i dumnej. To nieprzypadkowe wrażenie – Zamek Ogrodzieniecki w Podzamczu przez wieki pozostawał bastionem, którego nie sposób było zdobyć. Gród istniał już w XII wieku. Zawiłe losy, spowodowane częstymi zmianami właścicieli, pożarami i najazdami, doprowadziły do jego upadku. Gdy ostatni gospodarze opuścili gród na początku XIX wieku, ruiny zamku służyły okolicznym chłopom jako budulec. Ten przykry proceder nie mógł spowodować nic innego, jak tylko dalsze podupadanie dawnej twierdzy.

Zapuszczam się między surowe mury. W szczelinach słychać świst wiatru. Nogi, mimo solidnego obuwia, ślizgają się na mokrych od deszczu kamieniach. Trzeba przyznać, że listopadowa aura potęguje tajemniczość ruin, które, zwłaszcza wieczorem, budzą wśród zbłąkanego turysty lekki niepokój. Zwłaszcza jeśli poddamy się nastrojowi mrocznych legend o Ogrodzienieckim Zamku. A jest ich sporo. Według prastarych przekazów nocą pojawia się tutaj pies, który lubi zawyć do księżyca, skutecznie przepędzając śmiałków zapuszczających się w głąb ruin o zmroku. Z kolei po blankach basztowych ma w zwyczaju przechadzać się biała dama o wdzięcznym imieniu Olimpia, której zadaniem jest pilnie strzec tajemnic zamku. Kto wie, może gdyby wspaniałą twierdzę udało się zrekonstruować i nadać jej iście baśniowy wygląd, wszelkie mrożące krew w żyłach duchy postanowiłyby się stąd wyprowadzić?



Nazajutrz pogoda pokazała swoje łagodniejsze oblicze i słońce, dość deficytowy towar jesienią, zaszczyciło nas swoją obecnością. Może dzisiaj ruiny zamków tajemniczej Jury nie będą wydawały się tak smutne? Sprawdzę to. Jadąc drogą pośród wystających niczym maczugi, poszarpanych skał, mam wrażenie, jakbym znalazła się w jakiejś prehistorycznej krainie. I to nie pierwszy raz! Podobne odczucie miałam w Górach Stołowych – ich niesamowite kształty przywodziły na myśl najbardziej odległe czasy.

Dojeżdżam do Mirowa. Już z oddali widzę ruinę stojącą na wzniesieniu. To jeden z najstarszych zamków na szlaku Orlich Gniazd. Wzniósł go w XIV wieku sam Kazimierz Wielki. Twierdza szybko jednak została wykupiona przez osobę prywatną, a był to niejaki Krystyn z Koziegłów, wojownik Władysława Jagiełły, który zadbał o rozbudowę posesji. Jednak zamek z Mirowa szybko podzielił los Ogrodzienieckiego – wciąż zmieniał gospodarzy. Mocno zniszczony podczas potopu szwedzkiego podupadł i zamienił się w ruinę, której stan z biegiem czasu tylko się pogarszał. Na szczęście obecni właściciele zamku postanowili coś z tym zrobić. Planowana jest częściowa rekonstrukcja zawalonych ścian, muzeum i centrum obsługi turystycznej. Dzięki temu jest szansa, że gotycka perła ożyje i przypomni nam o swojej dawnej świetności.



No właśnie, czy spacerując szlakiem Orlich Gniazd trafię w końcu do bajki? Słońce zaświeciło, brak już tylko zamku rodem z opowieści o królewnach i książętach. Jednak i to już niebawem się zmieni. Droga z Mirowa do Bobolic przenosi mnie z każdym krokiem do innej czasoprzestrzeni. W końcu! Na wzniesieniu ukazuje się moim oczom imponujący zamek, dokładnie taki, na jaki czekałam. Fantazyjna bryła z wieżyczkami, jasne mury, most prowadzący do wejścia - jak w baśni! Twierdza w Bobolicach, będąca jeszcze niedawno taką samą ruiną jak zamek w Mirowie, została niedawno zrekonstruowana i dziś możemy ją podziwiać w pełnej krasie. To wspaniała frajda (zwłaszcza dla dzieciaków), a przy okazji solidna lekcja historii. Opinie w sprawie rekonstrukcji ruin są podzielone. Jedni wolą klimatyczne surowe mury, inni - imponujące zamki przypominające nam architekturę dawnych wieków. Ja należę do drugiej grupy. Myślę, że warto dbać o miejsca, w których wciąż słychać echo historii.

Z Mirowa można dostać się do Bobolic ciekawym szlakiem pośród skał i drzew i tym sposobem połączyć zwiedzanie z aktywnym wypoczynkiem na świeżym powietrzu. W okolicy jest też dużo ścieżek rowerowych.



A tymczasem pora wracać. W drodze do Warszawy zatrzymuję się jeszcze w Olsztynie koło Częstochowy. Charakterystyczne wieże ruin tutejszego zamku widoczne są już z daleka. Niestety czas nie pozwolił mi wspiąć się na nie, a szkoda, bo pewnie z góry roztacza się przepiękny widok na Jurę Krakowsko-Częstochowską. Ciekawe, ile Orlich Gniazd zdołałabym stamtąd zliczyć.



(2013 r.)